Hanbok niezgody. Co się kryje za kolejnym przywłaszczeniem kulturowym Chin?

Chiny twierdzą, że chciały uhonorować mniejszą koreańską, Korea zarzuca Pekinowi przywłaszczenie kulturowe. A w tle przewija się obawa o rosnącą dominację Chin w regionie.

Chińskie władze chciały pokazać różnorodność etniczną kraju. Ale jak wiadomo, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane – to polityczne i dyplomatyczne zwłaszcza. Co się stało? Otóż, osoby odpowiedzialne za organizację uroczystości otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich wymyśliły że jedna z artystek występujących na stadionie będzie miała na sobie hanbok. W ten sposób kobieta miała reprezentować jedną z 56 grup etnicznych żyjących w Chinach. Czym jest hanbok? To tradycyjny strój koreański, składający się z jeogori (rodzaju topu), baji (spodni) i chima (spódnicy). Wywodzi się jeszcze z okresu Trzech Królestw, datowanego na lata 57-668 p.n.e., do dziś jest jednak noszony na wyjątkowe okazje.

Koreańczycy mieli się poczuć docenieni? Cóż, jeśli taki był zamiar to... nie wyszedł. W koreańskich mediach społecznościowych zawrzało, a powtarzające się posty internautów miały jeden przekaz: (chińskie) łapy precz od naszych strojów narodowych. Media tradycyjne wyrażały się w bardziej stonowany sposób, również nie miały jednak wątpliwości, że Chiny dopuściły się przywłaszczenia kulturowego. Wtórowali im politycy, czemu trudno się zresztą dziwić – przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi kandydaci chwytają się bowiem każdego sposobu na zbicie kapitału wyborczego. Tym bardziej, że kształt polityki zagranicznej jest jednym z istotniejszych elementów debaty, a stosunek koreańskiego społeczeństwa do Chin – mówiąc dyplomatycznie – niezbyt przychylny. Doskonale pokazuje to m.in. badanie przeprowadzone przez Hankook Research i gazetę internetową SisaIn. Ankietowani mieli ocenić wizerunek czterech państw: Chin, Korei Północnej, Japonii i USA, a skala ocen obejmowała 0-100. I tu niespodzianka: najniżej Koreańczycy ocenili nie Japonię, mimo sięgających dziesiątki lat wstecz poważnych, wciąż nie wyjaśnionych animozji, ani nawet nie swego najbliższego, nieprzewidywalnego sąsiada, czyli Koreę Północną. Najgorsza średnia ocena, czyli 26,4, przypadła Chinom - Korea Północna otrzymała ocenę 28,6, Japonia 28,8, a USA 57,3. W innym sondażu, ponad 70 proc. respondentów stwierdziło, że Chiny stanowią największe zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego – co istotne, Japonia, która uplasowała się na drugim miejscu, miała wynik 21,1 proc.

To istotne spadki w notowaniach Chin, które jeszcze 2-3 lata temu cieszyły się w Korei znacznie większą sympatią - zagrożenia upatrywano raczej w Korei Północnej i Japonii. Pozytywne relacje, także gospodarcze, zaczęły się sypać, po tym jak Seul zainstalował amerykański system obrony przeciwrakietowej Terminal High Altitude Area Defense (THAAD). Celem była ochrona przed Koreą Północną, Chiny zgłosiły jednak stanowczy sprzeciw i przypuściły atak. Nie militarny, lecz gospodarczy, w efekcie którego Korea Południowa straciła spore kwoty. Koreańska sieć sklepów w Chinach została zamknięta, zahamowaniu uległ ruch turystyczny, zabroniono nawet występów uwielbianych w Chinach koreańskich zespołów muzycznych. Co ciekawe, jeszcze do niedawna, coraz mocniejsze antychińskie nastawienie widoczne było raczej wśród społeczeństwa Korei Południowej niż polityków – mimo że Seul oficjalnie jest częścią wymierzonego przeciwko Chinom paktu QUAD. Przeciwko bliskiej współpracy z Chinami występował główny kandydat opozycji, ale nie przedstawiciel obecnie rządzącego obozu. Reakcja na występ artystki w hanboku może jednak pokazywać zmianę, niewątpliwie wymuszoną przez marcowe wybory prezydenckie.

Wojna kulturowa przybrała, zresztą, jeszcze jeden aspekt, doskonale widoczny podczas ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich. O co tyle hałasu? Mniejszość koreańska faktycznie przecież w Chinach istnieje - jak łatwo się domyślić zamieszkując głównie tereny przygraniczne. Według szacunków liczy ona ok. 2 mln osób. Odpowiedź – nieco paradoksalnie – kryje się w pytaniu, które zadał jeden z dziennikarzy z Hongkongu: czy hanbok stanie się nowym kimchi?Oskarżenie o przywłaszczenie kulturowe pojawiło się bowiem nie po raz pierwszy, wynika natomiast z lęku Koreańczyków przed rosnącymi wpływami Chin w regionie – nie tylko gospodarczymi. Reakcja chińskich władz na koreański protest (nieformalny, rząd nie zajął bowiem stanowiska w tej kwestii) sugeruje, że obawy te nie są nieuzasadnione. Koreańska grupa etniczna w Chinach ma ten sam rodowód, co Koreańczycy z południa i północy Półwyspu Koreańskiego i odziedziczyła tę samą tradycyjną kulturę, w tym odzież – czytamy w oświadczeniu wydanym przez chińską ambasadę w Seulu.

W tym momencie wspomnieć trzeba o rewizjonistycznym podejściu Chin do historii Półwyspu Koreańskiego. Chodzi o przede wszystkim o okres Trzech Królestw (I w. p.n.e. – VII w. n.e.). W tym czasie na terenie Półwyspu Koreańskiego istniały trzy duże organizmy państwowe: Goguryeo, Baekje oraz Silla. Co do proto-koreańskich królestw mają Chiny? Otóż od przez kilka wieków, jedno z nich – Goguryeo rozciągało się na obszarze obejmującym nie tylko znaczną część półwyspu, na którym dziś leżą dwa koreańskie państwa, ale też zawierającym część leżącej w granicach ChRL Mandżurii. Co więcej… najwcześniejsze centra administracyjne Goguryeo znajdowały się na północ od rzeki Jalu, która stanowi dziś granicę między Chinami a Koreą Północną. Zatem władcy tego państwa kontrolowali nie tylko większość Półwyspu Koreańskiego, ale też zauważalną część północno-wschodnich Chin. A to już dla Chińczyków nie jest czymś, nad czym można przejść do porządku dziennego. Kwestionowana jest zatem zarówno tożsamość etniczna władców Goguryeo, jak i – przede wszystkim – ich niezależność od cesarstwa chińskiego. Co kilka lat pojawiają się badania prowadzone przez zespoły chińskich badaczy, które zwracają uwagę, że Goguryeo nie było niezależnym bytem politycznym. Władcy Goguryeo mieli być wasalami chińskiego cesarza, a zatem są elementem chińskiej, a nie koreańskiej historii. Takie stanowisko wydali w 2002 r. badacze z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, a w ostatnich latach wzmianki o proto-koreańskim charakterze wymazywane są z wszelkich not, stron internetowych i chińskich opracowań na temat Goguryeo. Archeologiczne stanowiska związane z tym państwem są uznawane za reprezentujące historię Chin i chińskie dziedzictwo narodowe, co znalazło wyraz chociażby w tym, że chińskie władze aplikowały o wpisanie grobowców z okresu Goguryeo na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Oczywiście wykorzystywanie najdawniejszej historii w bieżącym dyskursie politycznym nie jest niczym nadzwyczajnym i obie strony mają tu wiele za uszami (ryzykowne jest przecież również, nieobce Koreańczykom, przypisywanie koreańskiej czy nawet proto-koreańskiej tożsamości ludziom z okresu Trzech Królestw, a także nieostre używanie przymiotnika „koreański” zarówno jako terminu geograficznego, jak odnoszącego się do narodowości).

A co ma do tego kimchi? W 2020 roku Chiny stwierdziły, że otrzymały certyfikat ISO od Międzynarodowej Organizacji Normalizacyjnej dla „przemysłu kimichi”. De facto chodziło nie tyle o kimchi co pao cai, co organizacja mocno podkreśla w dokumencie certyfikacyjnym. Kimchi to zbiorcze określenie ponad 100 rodzajów sfermentowanych warzyw występujących w kuchni koreańskiej, choć najczęściej odnosi się do sfermentowanej kapusty pekińskiej z przyprawami. W 2013 roku potrawa ta trafiła nawet na Listę Niematerialnego Dziedzictwa UNESCO jako symbol kultury koreańskiej. Pao cai, natomiast, to warzywa kiszone przez moczenie różnych ich rodzajów (od kapusty po marchewkę), w roztworze soli fizjologicznej, z przyprawami lub bez.

Wojna przeszła w kolejną fazę, gdy popularna koreańska influencerka „polubiła” komentarze sugerujące, że Chiny niesłusznie uznały kimchi za swoje danie narodowe.  Chińscy fani youtuberki wywołali burzę – w efekcie, w ciągu jednej nocy dziewczyna straciła dziesiątki tysięcy obserwujących, a reprezentująca ją agencja Suxian Advertising rozwiązała umowę. Aby bronić swego prawa do kimchi władze Korei Południowej próbowały nawet zmienić nazwę tej potrawy w językach innych niż koreańskie, jak dotąd zabiegi te nie przyniosły jednak spodziewanych efektów. Wydały też książkę o kimchi, w której znalazło się obszerne wyjaśnienie różnicy między tym daniem a chińskim pao cai. W całej tej awanturze chodzi o zasadę, ale i...o pieniądze, eksport kimchi stanowi bowiem istotną część gospodarki Korei Południowej. Tylko w 2021 roku kraj ten sprzedał za granicę ok. 42,54 tys. ton kimchi.

Przykłady przywłaszczenia kulturowego można by, niestety, mnożyć. Równie duże, jak w przypadku sprawy kimchi, emocje budziło umieszczenie koreańskiej melodii ludowej Arirang na oficjalnej liście chińskich dóbr kultury. Pekin tłumaczył, że zrobił to wyłącznie, by uczcić artystyczny wkład etnicznej koreańskiej populacji w kulturę Chin, Koreańczycy odczytali to jednak jako kolejną próbę zawłaszczenia integralnej części koreańskiej kultury i tożsamości.

Chiny mają cel – zrzucić USA z pozycji supermocarstwa nr 1. Wojna kulturowa z Koreą to nic innego jak przygotowanie gruntu – zawłaszczając kolejne elementy dziedzictwa kulturowego  sąsiada Pekin próbuje „historycznie” potwierdzić swoją dominującą pozycję w regionie i wykazać, że to Chiny są źródłem cywilizacji, kultury (nawet kulinarnej) oraz wszelkich osiągnięć w Azji Wschodniej. Poprzez podkreślanie, że wiele z tych terenów stanowiło obszary lenne Państwa Środka zbierają ponadto argumenty w przypadku potencjalnych konfliktów międzynarodowych.

Blanka Katarzyna Dżugaj